Komunikaty prasowe

  • Opublikowano: 20 listopada 2015

Łódzki lekarz na wojnie. Śmierć mnie nie przeraża

Ratował żołnierzy i cywilów w szpitalu polowym w Afganistanie. Co kilka dni ogląda śmierć na oddziale intensywnej terapii. – Bardziej niż umieranie przeraża mnie zapach chryzantem i żałobna muzyka – mówi prof. Waldemar Machała.

Karolina Tatarzyńska: Wojna tuż za rogiem czy jednak wciąż daleko?

Waldemar Machała*: Jesteśmy dla terrorystów mało atrakcyjnym krajem. Nie mamy Big Bena ani Bramy Brandenburskiej. W innych państwach dużo łatwiej o spektakularne ataki. Włosi mogą obawiać się o przyszłość Koloseum i Kaplicy Sykstyńskiej, a Niemcy choćby o ogromne biurowce we Frankfurcie czy Reichstag w Berlinie. Nie wierzę w twierdzenie, że włączanie się w misje pokojowe sprowadzi na nas gniew Państwa Islamskiego. Jego nienawiść – z powodu odmiennej religii – i tak mamy zapewnioną. Ale dzięki misjom Polska ma wojsko kompatybilne z USA. Do ISIS przemawia tylko siła zbrojna. Prezydent Francji dobrze zrobił, wysyłając tam w odpowiedzi 10 myśliwców. Marsze „solidarności z…” lub „sprzeciwy przeciw…” nikomu nie pomogą. Zwłaszcza że przedstawiciele ISIS to żołnierze „idealni”: zdeterminowani i nieliczący na przeżycie. Podobnie jak talibowie.

Ich ataki przeżył Pan w Afganistanie.
– Gdy po raz drugi jechałem do szpitala polowego Polskiego Kontyngentu Wojskowego, kończył się rok, w którym Ghazni było kulturową stolicą islamu. Taka okazja to dla talibów świetny powód do zrobienia krwawego „pikniku”. 28 sierpnia 2013 roku przeprowadzili jedyny w historii bezpośredni atak na polską bazę z użyciem samobójców. Najpierw w powietrze wyleciała furgonetka z paroma tonami trotylu. Chodziło o to, by rozbić ogrodzenie. I to nie byle jakie, bo tzw. Hesco, czyli potężną fortecę ze szkieletem z drucianej siatki, umocnioną filcem, żwirem i piaskiem. Gdy w Hesco powstała wyrwa, do środka wbiegło kilkunastu talibów. Ich celem byli polscy żołnierze – w jak największej liczbie, bo jedna ofiara nie wygląda zbyt medialnie. Ponieważ zagrały wszystkie procedury i obronę bazy podjęto błyskawicznie, atak skończył się samowysadzeniem w pobliżu pasa startowego, około 300-400 m od Hesco. Akurat byłem w szpitalu i przygotowywałem się do ćwiczeń z amerykańskim Medevakiem, czyli śmigłowcowymi zespołami ewakuacji medycznej. W bazie przebywało ponad 2,5 tys. polskich i amerykańskich żołnierzy. Były ofiary i ranni, ale nikt z personelu medycznego nie ucierpiał.

Jechał Pan tam już z tytułem profesora. Warto było ryzykować?
– O wyprawie na misję marzyłem od zawsze. Najpierw mój asystent Przemek Dobielski pojechał do Iraku, do Karbali, w której w 2004 roku doszło do największego od czasów II wojny światowej starcia polskich żołnierzy. Sam zdecydowałem się na wyjazd do Afganistanu w 2012 roku. I wiedziałem, że nic nie jest w stanie mnie powstrzymać. Choć – nie ukrywam – bliscy próbowali. Pierwsze dni spędziłem w bazie sił powietrznych USA w Bagram, a kilka kolejnych miesięcy w szpitalu Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Ghazni. Po kilkumiesięcznej przerwie wróciłem tam ponownie.

Pomagaliśmy nie tylko żołnierzom, ale przede wszystkim cywilom. Ponad 90 proc. naszych pacjentów to Afgańczycy, w większości dzieci. One najczęściej były ofiarami postrzałów i min. Bo albo uciekały, zamiast się skryć, albo pędziły kozy z pastwiska i wlazły na minę. Dzieci umierały bez lęku. Martwiło je tylko to, czy będzie bolało.

Tam zresztą jest diametralnie inne podejście do umierania. Afgańczycy śmierć akceptują. Skoro nadeszła, to widocznie tak miało być. Nie ma więc rwania włosów z głowy i rozrywania w rozpaczy szat. Jest smutek, ale i spokój.

Czy warto było ryzykować? Strach da się opanować, a przy okazji można zrobić coś pożytecznego. Czasami kilka razy dziennie wyły syreny In Coming. To przeraźliwy dźwięk systemu C-RAM, który ostrzega o nadlatujących pociskach i rakietach. Gdy włączało się In Coming, wszyscy, jak staliśmy, padaliśmy na ziemię. Później pocisk się rozbijał i był czas na ucieczkę do schronu. Chorzy, których nie dało się ewakuować, byli otulani kamizelkami, a na głowę wciskaliśmy im hełmy. Ale operacji na bloku nie przerywaliśmy. Najgorszy moment to tych kilka sekund, dopóki syreny nie ucichły. Każdy liczył, że i tym razem wybuch będzie gdzieś indziej.

O szpitalu polowym w namiotach i kontenerach ma Pan świetne zdanie.
– Z uporem trzymam się stwierdzenia, że ten sam ranny ma większe szanse przeżycia w kontenerze na wysokości 2186 m n.p.m. w Ghazni niż w przeciętnym szpitalu w Polsce. I choć teza ta zwolenników mi nie zjednuje, to zamierzam jej bronić. W „normalnych” szpitalach bardzo często blokują nas nieprzemyślane do końca procedury. Lub ich brak. W szpitalu polowym na każdą sytuację taktyczną jest opracowania strategia działania, a rannych – cywilów, żołnierzy i kolegów – ratuje się w myśl zasady „dziś ty, jutro ja”. Zmysły są tam wyostrzone kilkakrotnie bardziej niż w pracy, w której nie czyha aż takie niebezpieczeństwo. Gdy wróciłem do Łodzi, ten stan maksymalnego wytężenia wszystkich zmysłów towarzyszył mi jeszcze przez kilka tygodni.

O pracy w mundurze marzył Pan od dziecka?
– Byłem rzetelnym młodzieńcem. W domu jako starszemu synowi wpojono mi dużą odpowiedzialność. Do perfekcji opanowałem niereagowanie na zaczepki młodszego brata. Pod koniec podstawówki już wiedziałem, że chcę być lekarzem. I to koniecznie mundurowym. Pewnie dlatego, że w pobliżu rodzinnego domu była Wojskowa Akademia Medyczna przy Źródłowej. W WAM było się skoszarowanym, bo to przecież jednostka wojskowa. Co roku przez pięć lat zaliczaliśmy w wakacje miesięczne szkolenie poligonowe. Pierwsze z nich pamiętam dokładnie. W jednostce JW2232 w Skierniewicach przy Batorego 1a. Wojsko od razu polubiłem. Bo to instytucja, która choć nie jest bez wad, ma jeden wielki plus: rządzi się jasnymi zasadami. Oczywiście wojsko było też źródłem wielu niedogodności. Ale patologii w koszarach nie było. Nikt się na nikim nie wyżywał. Może po prostu trafiały tam tylko dobre dzieciaki. Bo jeśli ktoś przez całe dzieciństwo bił inne dzieci łopatką po głowie, to w dorosłym życiu może zmienić co najwyżej instrument. U nas widocznie takich osób nie było.

Na oddziałach intensywnej terapii [OIT – przyp. red.] śmierć jest bardziej oczywista niż życie.
– Amerykańskie OIT mają śmiertelność na poziomie 75 proc. Polskie – zdecydowanie niższą (około 45-50 proc.), ale tylko dlatego, że przyjmują również pacjentów, którzy mogliby trafić np. na neurologię. Nie wiemy jeszcze, jak wypada oddział w CKD, bo szpital działa zbyt krótko, by to ocenić. Na intensywnej terapii w WAM przy Żeromskiego ktoś umiera co drugi, trzeci dzień. Dlatego zawsze tłumaczymy rodzinom chorych, że oddziałowy zespół jest najbliższą rodziną w ostatnich dniach czy tygodniach życia ich krewnego. Mówimy to, by patrzyli na nas jak na bliskich ich bliskich. Staramy się traktować ich wyjątkowo. Jesteśmy bezwarunkowo szczerzy. „Pani dziadek nie jest młodym człowiekiem, a starość się naturze nie udała” albo „Tata jest na krawędzi życia i śmierci”. Rodziny potrzebują wiedzieć, że ich bliscy nie cierpią. I oczekują – słusznie zresztą – informacji. To jest na plus, a to na minus. Zrobimy to i to, więc nie traćcie nadziei, ale my mamy prawo mieć obawy. Jedno z najważniejszych zdań na OIT brzmi: „Brak pogorszenia jest dobrą wiadomością”. Często rodziny pytają: „Czy tata przeżyje?”. „Jeśli państwo wierzycie, proszę się pomodlić” – odpowiadam.

Przed Pana gabinetem spotkałam starszą kobietę. Dziękowała za opiekę nad bratem, i to mimo że on nie przeżył. Podpytywała, czy może dać coś więcej, bo „dziękuję” to za mało.
– Rodziny często mają poczucie, że muszą się jakoś odwdzięczyć. Łapówki nigdy nie przyjąłem. Ale podziękowania owszem. Odpowiadam zwykle tak samo: „Oddajcie krew”. Bo to przejaw humanitaryzmu, który nic nie kosztuje. Parę razy zdarzyło mi się zasugerować zamożnym rodzinom, które bardzo nalegały, by kupiły szpitalowi automatyczną strzykawkę. Prezentów nie można się panicznie bać. U mnie w gabinecie stoi aniołek od uratowanej położnicy, która urodziła wcześniaka i omal tego porodu nie przypłaciła życiem. Aniołek mógł kosztować 20-30 zł. Do tego dołączona była wiązanka kwiatów. Mama wcześniaka była osobą niezamożną. Dla niej był to spory wydatek. Odrzucenie podarunku byłoby okazaniem pogardy. A tego robić nie wolno. Kilkanaście lat temu pewien znajomy lekarz obraził się, bo staruszka próbowała mu wręczyć paczkę Marlboro. I papierosów nie przyjął. Wypaliłem: „Stary, zrobiłeś jej największą przykrość z możliwych”. Przecież ta kobieta wiedziała, że lekarz zmaga się z nałogiem tytoniowym. I kupiła mu papierosy, które wydały jej się niezwykle wartościowe. Nie można tego odrzucić. Trudno również odmówić przyjęcia alkoholu, choć może brzmi to absurdalnie. Przychodzą ludzie, którzy na co dzień piją czystą wódkę lub piwo. A w torbie mają coś ekstra: dobrą whisky lub brandy, bo myślą, że lekarze to piją tylko takie coś. Sami by tego nie tknęli. I co my mamy im powiedzieć? Że też tego nie pijemy i trzeba będzie podać dalej?

Przyjmowanie prezentów i tak jest chyba łatwiejsze niż informowanie, że chory nie żyje.
– Uczę moich asystentów, by taka rozmowa była rozmową siedzącą, a nie w pośpiechu, na stojąco.

Wprowadziłem zasadę, że telefonicznie o śmierci pacjenta powiadamia nie izba przyjęć, lecz lekarz dyżurny. Nierzadko chorzy umierają w nocy, ale pomiędzy godz. 22 a 6 rano jest cisza nocna, więc wtedy nie dzwonimy. My nie mamy składać oświadczeń ani wydawać komunikatów. To musi być rozmowa. Młodzi lekarze mają z tym problem. W szkołach przecież takich rzeczy się nie uczy. Studia medyczne to bezduszna instrukcja obsługi ciała człowieka, bez duszy.

Nigdy nie używam określenia „Odszedł”, bo to sugeruje, że wróci. Chory zmarł i nie jest – jak wielu chciałoby wierzyć – śpiącym żywym. Czego jeszcze nie wolno mówić? „Na pana miejscu to bym…”. Nikt nie niesie cudzego krzyża. Miejscami nie da się więc zamienić. Czasem w relacjach trzeba być dosadnym. Rodziny domagają się, by ich umierającego ojca zabrać do szpitala i podać mu „wzmacniającą kroplówkę”. Wtedy trzeba powiedzieć, że to są być może ostatnie chwile taty i że pewnie wolałby spędzić je w domu. Zdarzyło mi się spytać: „Czy chcielibyście, by wasz bliski umarł w samotności za szpitalnym parawanem albo na korytarzu przy ubikacji?”. Czasem dopiero takie zdanie otwiera ludziom oczy. I odmawiam matkom, które chcą całymi dniami siedzieć przy nieprzytomnym, dorosłym już dziecku. „Nie, bo jutro i tak wstanie słońce, a pani ma męża i drugie dziecko”.

Pierwsza „służbowa” śmierć. Pamięta Pan?
– Oczywiście. W 1989 lub 1990 roku zacząłem jeździć w pogotowiu. Zostaliśmy wezwani do bloku w okolicy jednego z łódzkich cmentarzy. Adresu nie pamiętam, ale i dziś trafiłbym do tego mieszkania. To było tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Do osiemdziesięciokilkuletniego ojca przyjechała jego córka, lat sześćdziesiąt parę. A przyjechała do niego po 20 czy 30 latach niewidzenia. Po to, by się pogodzić. I gdy tak się już stało, ojciec dostał zawału serca. Reanimowaliśmy go, ale bezskutecznie. To był mój pierwszy pacjent, który zmarł. Dziś wiem, że miał w sumie wyjątkowe szczęście, bo umarł rozliczony z życiem. Wtedy myślałem, że to katastrofa. Akurat się pogodził, a my nie umiemy go uratować. Nie mogłem w tę śmierć uwierzyć. Byłem nabity wiedzą, a chory śmiał mi umrzeć.

Oswoił się Pan przez te lata z umieraniem?
– Śmierć nigdy mnie nie przerażała. Ale już cała jej otoczka – zapach chryzantem i żałobna muzyka – jest straszna. Podobnie jak amerykanizacja śmierci: malowanie twarzy zmarłego i rozkładanie trawnika w miejscu, gdzie leży ziemia z grobu. Zmarły nie jest śpiącym żywym – z tą myślą warto oswajać już od najmłodszych lat. Jeśli obcowania z chorobą i umieraniem nie nauczymy za młodu, trudno oczekiwać, że jako dorośli będziemy sobie z tym umieli poradzić.

Na Pana oddział dzieci mają prawo wstępu, co w innych szpitalach zdarza się rzadko.
– Przez lata obecność dziecka jako odwiedzającego na OIT była niedopuszczalna. Tyle że dla chorego to podwójne nieszczęście. Nie dość, że stracił zdrowie, to jeszcze kontakt z dzieckiem lub wnukiem. U nas dzieciom wolno wchodzić. Także po to, by się pożegnać. Ostatnio zaprosiłem babcię z dwuipółletnim Szymonem. Jego mama umierała. Uznałem, że lepiej, by pobył z nią, póki żyje, niż żegnał się, gdy będzie w trumnie. Jak sobie z tym poradził? Bardzo prawidłowo. Zainteresował się mamą, a później – jak każde zdrowe dziecko – poszedł powyglądać sobie przez okno. Zazwyczaj przychodzą wnuki. Czasem sami to proponujemy. Rodziny są zwykle zaskoczone. „A to można?” – dopytują. Pytają również, czy to dziecku nie zaszkodzi psychicznie. To wtedy ja się pytam, czy pamiętają, jak umierał ktoś z ich rodziny. I wszyscy mają takie wspomnienia. Jak tatę do trumny ubierali i jak mu gromnicę zapalali. Na oddziale leżał starszy pan, który miał dwóch wnuków studentów. Najpierw po zajęciach przychodził pierwszy. Siadał i uczył się, trzymając dziadka za rękę. A później zmieniał go drugi i robił dokładnie to samo. Tak właśnie wygląda bliskość. Nie trzeba trajkotać i wmawiać choremu, że wszystko będzie dobrze i że wyzdrowieje. Bo nie będzie. Rodziny mają często dylemat, o czym rozmawiać z ciężko chorą osobą. Odpowiadam, że najlepiej o codzienności. Przecież choremu nie ubyło nagle 30 punktów IQ. Choć jego rodzina często tak się zachowuje: „Co dzisiaj zjemy, jak się czujemy, wypróżnienie było?”. A gdy pacjent jest nieprzytomny, to warto brać przykład z tych dwóch wnuków. Bo podobnie jak noworodka uspokaja dotyk jego mamy, tak chory uspokaja się, gdy dotykają go bliscy.

Stres lekarza na OIT wydaje się ogromny.
– Dlatego trzeba opracować strategię, jak sobie z nim poradzić. Jedni imprezują, drudzy zajeżdżają stres na rowerze, a ja okiełznuję go bieganiem. Zacząłem przed kilkunastoma laty. I nie przerwałem nawet w Afganistanie. Warunki do biegania miałem tam świetne. Jedno okrążenie wzdłuż wewnętrznego ogrodzenia to 8,5 km. Poza tym Amerykanie mają dobry zwyczaj – w każdej bazie stawiają siłownię, więc biegałem jeszcze po kółku jak chomik w kołowrotku. W Łodzi od biegania zaczynam dzień. Wstaję o godz. 4.20, a 10 minut później wybiegam z domu do Łagiewnik. 10-12 km wystarczy, bym pracę na oddziale mógł zacząć jako człowiek spokojny o to, co przyniesie dzień.

Waldemar Machała jest kierownikiem Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii w Centrum Kliniczno-Dydaktycznym WAM i jednym z dwóch polskich profesorów medycyny – obok Krzysztofa Korzeniewskiego – który zdecydował się na wyjazd do Afganistanu. Pracę w szpitalu polowym dokumentował na zdjęciach i filmach kręconych kamerą umieszczoną na głowie lub piersiach, także podczas operacji. Zebrany materiał – tysiące zdjęć i kilkaset godzin filmów – wykorzystuje w pracy naukowej.

Cały tekst: http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35153,19214464,lodzki-lekarz-na-wojnie-smierc-mnie-nie-przeraza.html#ixzz3saRcm72E

Uniwersytet Medyczny w Łodzi
Al. Kościuszki 4
90-419 Łódź
NIP 725 18 43 739
REGON 473 073 308

Znajdź nas na mapie